16 paź 2010

Pewnie Dominice

powinno się przyznać maksymalną ilość godzin, nie wiem z jakiego klucza jest przyznawanych 10 czy 15 godzin, wiem tylko, że to nauczanie domowe jest trudne. Że pracuję nie tylko w pokoju, ale i w kuchni, salonie, że inni domownicy chodzą sobie to tu to tam, a ja w tym czasie głoskuję, szukam zbioru większego od poprzedniego...
nie każdy ma w sobie siłę uczyć w cudzym domu, trzeba dojść do tego domu, często wrócić na inne lekcje a czas ucieka...a czasu do i nazad sie nie liczy...a pieniądze z tego niewielkie
a!
niektórzy rodzice potrafią jednak zdobyć maksymalną ilość godzin dla swoich dzieci, hm...są równi i równiejsi...

4 komentarze:

Iva pisze...

nie znam się na tym, ale pewnie Ci równiejsi mają rację;(

Kaś pisze...

ciężki kawał chleba dla nauczyciela, uczyłam tak rok, w zimie drałowałam z buta 2 km. do ucznia i od ucznia z powrotem na lekcje...

Kwoka na Dolinie pisze...

Gdy nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno są to pieniądze -( czasami fame fatale, ale nie w tym przypadku ), jak głosi stary truizm. Choć urzędnicy zaprzeczają i tłumaczą się dobrem dziecka ( Dominiki ), to trudno uwierzyć.
A los nauczycieli w tym procesie nie do pozazdroszczenia - "2 km. z buta" w/g Kaś( powyżej) i refleksji Beaty. I mało kto zdaje sobie sprawę z takich sytuacji, a mit o przywilejach zawodu nauczyciela nadal funkcjonuje w narodzie.
Najlepsze życzenia, Beatko, z okazji święta zawodowego!! Głównie lepszego wynagrodzenia, bo trudno wyżyć z poczucia misji... i czasami własnej satysfakcji( ale tej Ci także życzę dla dobrego samopoczucia ).:))

Beata pisze...

Dziękuje bardzo, Kwoczko, podobno szykują się podwyżki w nowym roku:)

Kaś - ha, kawał drogi...

Iva - i poczucie niesprawiedliwości niczego nie zmienia, nie daje...