16 mar 2009

Ciocia

Paznokcie. Tak. Myślę, że najbardziej pamiętam paznokcie. Rosły im tak szybko. Zazwyczaj przyjeżdżali z połamanymi albo obgryzionymi paznokciami. Były różne, brudne były wszystkie, ale kształt u każdego inny. Płaskie jak łopata, albo takie drobne, okrągłe, wrastające a inne znowu odstające, łamliwe lub nadmiernie twarde, strzelające przy obcinaniu. Różniły się tez skórkami na paznokciach, pozadzieranymi, ropiejącymi, albo takimi, które potrafiły zarosnąć pół paznokcia. Często łapię się na tym, że nie pamiętam ich twarzy, ale po dłoniach, a szczególnie paznokciach poznałabym natychmiast.
Co jeszcze? Sama nie wiem… Kiedy przyjeżdżały natychmiast wkładałam do wanny, ciuchy w których przyjechały, do pralki a do dzioba pyrantelum, na owsiki. No i jeszcze szampon na wszy. Taka podstawowa higiena. Dziwnie brzmi? Też tak myślę i na początku tak to nie wyglądało, dopiero po pół roku wpadłam w rutynę i bardzo dobrze. Tak trzeba.
Pierwsze dzieci zostały przywitane schabowymi, ciastem i kwiatami na stole. Miały to gdzieś, chociaż nie były małe. Schabowe poszły do psa a ciasto i kwiaty zamieniłam po dwóch dniach w krzyk Co jest, do cholery jasnej? I wtedy, jak za drgnięciem różdżki wszystko się zmieniło. Okazało się, że nie potrafiły słuchać próśb mówionych spokojnym głosem. Musiałam wrzasnąć, jak matka w domu, żeby mnie wysłuchano i wykonano polecenie, a potem powoli wycofywać się tego tonu, bardzo powoli. Czasami, dla niektórych, nigdy. Jeśli głos był spokojny, to chociaż spojrzenie marsowe. Tak jakby uzależniły się od stałej kontroli i niezadowolenia z mojej strony.
Kłamią, zawsze. Mówią przez adwokata, nigdy wprost, tylko Gosia prosi, Gosia mówi. Proszę , żeby Gosia przyszła sama powiedzieć. Nie przychodzi… Kradną, u mnie raczej nie, ale w sklepach, kolegom, to tak. Zjedzenie batonika w gancie to nie kradzież, to poczęstunek. Grzebią też w szafkach, obdzierają cię z prywatności.
Każdego trzeba nauczyć wycierania nosa, prawidłowo robią to tylko, kiedy patrzę. Chyba rodzą się z genami wycierania nosa w rękaw, rękę, dłoń. Po jedzeniu wycierają usta w koszulkę. Czasami wciągają katar a wtedy wiecznie mają katar i niedosłuch spowodowany tym nigdy nie leczonym katarem.
Każdego trzeba nauczyć też podcierania tyłka, nierzadko tego, że jak są majtki brudne od kupy, czy siku, to się je przepiera, wkłada do pralki i przede wszystkim nie chodzi się w nich cały dzień czekając, aż wyschną. No, a stringi nie służą do czyszczenia przerwy między pośladkami.
Dlaczego taka praca? Jeden psycholog powiedział mi, kiedy już było po wszystkim, że wypełniam pustkę po tym, że sama nie mam dzieci, ale inny powiedział, że to dlatego, że spowodowałam śmierć brata bliźniaka. W tym, no, w życiu płodowym. Ja się urodziłam pierwsza a on drugi, martwy. Ojciec rozpaczał, bo mieli z matką już czterdzieści dwa lata chyba, jakoś tak. Długo nie mogli mieć dzieci. I jak wreszcie, to chciał syna…Odszedł od matki. Psycholog mówił, że odejście ojca to nie przeze mnie, tylko, że brat to moje poczucie winy. I dlatego te dzieci i tak ich dużo, bo dawali mi dużo, nie umiałam odmówić. Jeśli człowiek po studiach, wykształcony, mówi, że tak jest, to musi to być prawda, pewnie. On wie lepiej. Bo te dzieci, to zaproponowali mi w ośrodku adopcyjnym, to i wzięłam. Mąż na początku też chciał. Potem już nie. Taka jedna dziewczynka u nas była. Wpadała w szał, jeśli coś nie było po jej myśli, a nic sama nie chciała robić, od siebie to nic, my wszystko. Kiedyś mąż chciał ją przytrzymać, bo w szale rzucała się tam gdzie stała, rzucała przedmiotami. No i wyrwała się i uderzyła w szafkę. Powiedziała, że to on ją rzucił na szafkę. Powiedziała, że pójdzie na policję i powie, że mąż ją molestuje, i że jej uwierzą, nie jemu. Spakował się i wyszedł. Wiedział, że ona nie zrobi tego, że straszy, ale tego dnia miał dość i wyszedł. Nie wrócił. A ja na jego miejsce przyjęłam nowe dziecko, siódme dziecko. Psycholog powiedział, że ustawa, coś tam, norma. Mądrala. Przywożą i trzeba wziąć, jak nie, to mówią, że się jest niezdyscyplinowanym pogotowiem, albo, że się chcę pozbyć dzieci. A ja nie mogę odrzucić dziecka, nie potrafię, tylko nie daję rady. Już nie.
Nie wiem kiedy pierwszy raz zaczęłam się ich bać. Może Andrzejka? Straszył, że się zabije. Manipulował mną, były dni, że bałam się wrócić do domu, czekałam aż zaśnie. Jak był w innym pogotowiu to zadzwonił na policję, że go tam biją. No. Taki był. W sumie biedny. Ośmioro ich w domu, wszyscy przechodzili przez domy dziecka, pogotowia, fundacje, a sądy nigdy nie pozbawiły rodziców władzy rodzicielskiej. Straciły szansę na adopcję nie raz… No, to jaki on miał być? Fakt, inni też mieli ciężko a nie byli tacy jak on. Żądał wiele, mówił, że mam dać i koniec, bo mu się należy. On chyba uderzył mnie pierwszy, a może Jessica? Sara? Nie wiem teraz. Sara to lubiła parówki z majonezem…
Jedzenie, o tym to można książkę napisać. Na początku nie sil się na szynki, winogrona, polędwicę, najlepszy jest chleb z keczupem, ziemniaki z masłem i zupy. Kartoflanki, ogórkowe i takie inne. Z czasem będzie inaczej. Teraz na śniadanie podaję jajecznicę, płatki, parówki cienkie, Gudka zje trzy, Wicia jedną, może być herbata z cytryną, ale na kolację już kakao albo Anatol z mlekiem. Obiad to rosołek z kaszką manną i zalewajka - polewarka, w między tak zwanym czasie banan, paluszki i milkiłeje. Wtedy mówią, że są najadłe.
Nie wiem, kiedy zaczęłam obrastać w skorupę, robić życie łatwiejszym, żeby przeżyć, po prostu przeżyć psychicznie. przetrwać do następnego dnia. Standard, tak mówią, to podobno troje dzieci, ja wysiadam przy piątce. No, ale jestem zdyscyplinowanym opiekunem i nie odmawiam, a to się liczy u szefa. Jak to ogarniam, to go nie obchodzi. Mam nie stwarzać kłopotów? Nie stwarzam. No, tak, nie stwarzałam…Teraz ten wypadek… Nic takiego. Grabie tylko omsknęły mi się po twarzy, ta matka nie chciała pewnie, pijana i już. Tak, to prawda, wcześniej wybiła mi szyby od ulicy, bo ktoś jej podał mój adres, ale, była pijana. W czasie terapii piła, ale mniej. Zdecydowanie mniej. Poza tym te grabie powinnam mieć schowane w szopie, to moja wina…
Skorupa czasami jest niezbędna. Szesnastoletni odurzający się gazem z zapalniczki osiemdziesięciokilogramowy, studziewięciesięciocentymetrowy chłopak raczej nie będzie słuchał chudej czterdziestopięciolatki, którą zostawił mąż. Najlepiej było, gdy spał całymi dniami, chociaż potem w nocy chodził i palił papierosy. Siedziałam cicho, odkąd powiedział, żebym dała mu spokój, bo może niechcący zostawić peta na gazecie. Psycholog miał do mnie pretensje, że nie powiadomiłam o tym przełożonych. Kiedyś powiadomiłam, ale wyglądało na to, że mają do mnie pretensje, że mam dziecko z problemami. No, a przecież do mnie nie trafiają dzieci bez problemów…Dzieci mają, rodzice mają. Tamta matka też. Pamiętam w sądzie. Patrzyła na mnie a ja… Łzy płynęły jej potwarzy wolno, jak na filmie, widziałam każdą powiększoną łzę z odrobiną powietrza w środku, spadała na brązowy blat ławki głośno, najgłośniej jak można. Aż huczało.
A ja mówiłam - matka nie kontaktuje się z dziećmi, nie dzwoni, nie pisze, dzieci nie pytają się o matkę, są pogodne, zdrowe. Nie widzę szansy na powrót dzieci do domu rodzinnego. To głupie. Ja dostaję osiem stów, żeby zająć się jej dzieckiem, a ona za dwie setki zrobiłaby to samo, gdyby tylko ktoś jej w tym pomógł. Ale łatwiej jest zabrać dzieci, dać mnie, potem ona nie ma na bilet, żeby je zobaczyć i ja przyjeżdżam do sądu i mówię… No, to co mówię.
I ona i ja, wiemy w tym momencie doskonale, że nie ma najmniejszej szansy na powrót do domu rodzinnego, ale tym, co powiedziałam zabrałam jej wiarę we mnie, zabrałam nadzieję na to, że będą z nią. Nawet jeśli wiedziała, że zawsze będzie miała tylko nadzieję, nie pewność, tylko nadzieję. Marzenie. I wie pan, mnie się to wtedy podobało, to uczucie, we mnie, żadna skrucha, zmieszanie, albo co podobnego. Było dobrze, jakbym się zemściła za te wszystkie Nicole, Jessiki, Ramzesy, Remusie, którym dawałam całą siebie, razem z moim pustym brzuchem, myłam tyłki, wyciągałam baby z nosa, odzwyczajałam od smoczków, tłumaczyłam się przed rodzicami, dlaczego jeszcze nie jestem na wizycie kontrolnej u lekarza, której oni latami nie mogli dopełnić. Wypełniłam samą siebie wtedy, urodziłam się na nowo i było mi bardzo dobrze. Wredna ciocia.
Bo ja nie jestem matka, nawet zastępcza nie, nie nadaję się, jestem ciocia…
Każdy tak zrobiłby na moim miejscu, każdy. Na przykład moje ukochane przetwory owocowe. Tak na nie mówiłam, bo jedna nazywała się Malwina a druga Jagoda.
Stały, moje wychuchane, wykąpane, pachnące truskaweczki a ta matka w aureoli dymu nikotynowego, przesiąknięta wilgocią i grzybem nieogrzewanego domu, z białą śliną w kąciku wysuszonych papierosami ust nachyliła się nad moimi księżniczkami i pocałowała je prosto w usta. Chciałam ja kopnąć, kucała przede mną, odwrócona tyłem a ja chciałam ją kopnąć. W tę wypiętą dupę, opiętą dżinsami, spod których wyłaziły różowe, koronkowe stringi. Chciałam kopnąć w dupę matkę moich księżniczek, ja, ciocia. Bo ja nie jestem matka, ja jestem ciocia. Ona może robić błędy, ja muszę być idealna, grzeczna, umyta. Ona śmierdziała spermą i całowała moje dziewczynki. Potem podniosła się i odwróciła do mnie.
- Jakieś takie blade są, wystraszone. Chore?
Stała i miała do mnie pretensje, a ja patrzyłam na jej brzuch. Była w ciąży.
Kobieta w ciąży jest najpiękniejszym widokiem świata. Obnosi dumnie swój brzuch, jak największy skarb. Mój brzuch jest pusty, niczego nigdy nie urodził, pusty flak, płat skóry z kilogramem tłuszczu. Taki brzuch jest niczym. Mój brzuch jest niczym…Tamten brzuch nie był dumny, zdarzył się przypadkiem, był po prostu. I był piękny. Lekko zaokrąglony, pewnie siódmy miesiąc. To był chłopiec, czułam to. W tym brzuchu był chłopiec. Za kilka miesięcy trafi do jakiegoś pogotowia, a sąd przez trzy lata będzie się zastanawiał czy pozbawić matkę praw do niego. Ale to już nie moja sprawa, mam to gdzieś. Rana po tych grabiach się goi, zapomnę i już.
Nie chcę już dzieci. Kiedyś, też, czasami, wcale nie chciałam jakiegoś dziecka. To nie było tak, że chciałam je wszystkie, może na początku, ale potem to nie… A były takie, których nie chciałam całą sobą. Wyobrażałam sobie, że zaciskam dłonie na ich szyi, że biję je w twarz. Chciałam, żeby zniknęły. Co? Nie, nie uderzyłam, ale chciałam, a to mało? Tu, w mojej głowie, ich nie chciałam i ja o tym wiem. Raz wytknęłam jednemu język, żeby pokazać jak bardzo nie chcę… Nie zrozumiał. Był…Wiem, jestem ciocia, nie muszę kochać, nie muszą mnie kochać, mam być trzygwiazdkowym hotelem. Jestem ciocia, nie matka, nie trzeba mnie kochać, lubić też nie trzeba, bo ja jestem ciocia. Każdy może być ciocią.

12 komentarzy:

Szeherezada Stiepanowna pisze...

Przerastają mnie takie sprawy. Podziwiam.

Beata pisze...

Szehera, a dlaczego ja nie mogę do cie wejść? puka, pukam, nogami przebieram i nic...czekoladki mam i alkohol

bere pisze...

i przy tym moje problemy wydają się mikre.
podziwiam również.

slawkas pisze...

Ja p...
I nie przepraszam, bo kogo? Jeśli taka była moja pierwsza refleksja, to świadczy to tylko o mnie. Ale może chociaż trochę świadczy też o problemie? Słyszy się o tych problemach, że są, ale nigdy tak blisko ani tak bezpośrednio. Ja p...!

Szeherezada Stiepanowna pisze...

Beata odezwij się do mnie na szeher (at) gmail.com

Stardust pisze...

Ja dopiero dzis przyszlam tu pierwszy raz, ale juz wszystko przeczytalam i ciesze sie, ze piszesz. Podziwiam za odwage, za serce, za wytrwalosc w tym co robisz. Dzieki takim ludziom jak Ty swiat jest piekny, jestes dowodem na to, ze warto wierzyc w czlowieka.

Beata pisze...

Stardust...ale to nie jest piękne:( dzięki za wsparcie, to ważne. Bezsilność zabija w nas resztki energii. Wczoraj miałam telefon od NOWYCH rodziców tworzących rodzinny dom dziecka...sa nimi miesiąc i zaczęły sie kłody. W czwartek pojade ich pogłaskac po głowie, może przeżyją...

tuv pisze...

to jest przerażające.Nie,nie to co czujesz,tylko co te dzieciaki przechodzą że potem są takie.Dobrze że piszesz,że masz gdzie ulać gorycz.Bardzo Cię podziwiam.Kiedyś bywałam w świetlicy środowiskowej,wiesz,zapędy młodości ,wolontariat te sprawy.Nie wytrzymałam.
Dobrze że są tacy ludzie jak Ty.
I mam nadzieję że tamci nowi się nie poddadzą.

finwe.isilra pisze...

@Beata: Nie wiedziałem, gdzie Ciebie szukać w Sieci, przez przypadek (masz link do mnie) dotarłem tutaj i... jestem pod wielkim wrażeniem. Sporo przeżyłaś, nie możesz się równać z takim smarkatym jak ja, niezwykłe. Podziwiam za... serce? Jakiego sam nie mam, nie miałem, nie będę miał?

Abstrahując od wstrząsającej treści tego wpisu - zachwyciłaś mnie sposobem pisania, bez podlizywania się, rewelacyjnie...

Aha, i jeszcze jedno - nigdzie nie widzę linka do RSS Twojej strony, wydaje mi się czy nie ma naprawdę? Chętnie bym dodał do czytnika...

Pozdrawiam Cię serdecznie!

odentka pisze...

Beata - porażający tekst, niesamowiecie to napisałas, jestem pod wielkim wrazeniem.
Odkąd zaczęłas pisac bloga czekałam na to kiedy napiszesz o sobie. Na prawde nie wiem jak skomentowac, co powiedzieć,

Daisy pisze...

Ja tu siedzę i zbieram z podłogi resztki szczęki. Beata - mnie to przerasta. Nie potrafiłabym tak. Poddałabym się po jednym dniu.

Beata pisze...

"ciocia" - to jest najprawdziwsza prawda ale połączona z fikcją literacką, kilka historii (nie tylko moich) wziętych do kupy i opisanych...moje emocje - to prawda
grabie - na szczęście nie...ja musiałam tylko "tłumaczyc" sie w sądzie (po donosie), dlaczego dzieci nie mają telewizorów w pokoju i kaloryferów - od tamtej pory nie wpuszczam do domu żadnych rodziców...